piątek, 19 marca 2021

2 - Odrobinę rozprostować nogi

 

ROZDZIAŁ II

Odrobinę rozprostować nogi

Sadie 

 

Wiedziałam, że jestem w szpitalu, zanim otworzyłam oczy.

Szpitale miały pewne odczucia i zapach, a zanim otworzyłam oczy, doświadczyłam obu.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, był sufit. Potem zdecydowałam, że, jeśli mają skrzynkę z sugestiami, przed wyjazdem zasugerowałabym, aby kupili środek do czyszczenia sufitu. Chorzy ludzie często leżeli na plecach, a sufit wyglądał na brudny. Bardzo brudny. Chorzy nie musieli tego widzieć.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że muszę iść do łazienki i to bardzo.

To było do bani, biorąc pod uwagę, że kiedy spojrzałam na swoje ramię, były w nim utkane rurki i inne rzeczy. Nie jest łatwo dostać się do łazienki z wbitymi w ciebie igłami.

Widziałam też, że mój nadgarstek był w gipsie, ale wyczyściłam to tak szybko, jak to zobaczyłam. Miałam nadzieję, że niektóre z tych rzeczy, które tkwią w moim ramieniu, łagodzą ból. Przypomniałam sobie ból. Nigdy nie zapomnę bólu.

Ale miałam siłę umysłu, wynikającą z mnóstwa praktyki, aby odłożyć na bok ból i to, co go spowodowało.

Na razie.

Kiedy spojrzałam na swoje ramię, na podłodze zobaczyłam coś dziwnego.

Wyglądało najdziwniej ze wszystkiego na świecie, jak para kowbojskich butów. Nie tylko kowbojki, ale dżinsy i kowbojki. Nie tylko dżinsy i kowbojskie buty, ale nogi w dżinsach i stopy w kowbojskich butach. Nogi skrzyżowano w kostkach i wyciągnięto prosto.

Podążałam za nogami w górę, w górę, aż zobaczyłam Hectora O mój Boże Chaveza śpiącego na fotelu przy moim szpitalnym łóżku.

Może się nie obudziłam. Może śniłam.

Gapiłam się na niego. Jego włosy były w nieładzie, jego ubranie było pogniecione (lub bardziej pogniecione niż zwykle) i potrzebował ogolenia.

Co on tam robił?

O mój.

Pamiętałam.

O nie.

Pamiętałam.

Był tam.

Był tam ostatniej nocy.

Zaniósł mnie ze schodów do samochodu, a potem straciłam przytomność.

Ocknęłam się ponownie, gdy nastąpiło zamieszanie, zamieszanie spowodowane tym, że Luke Stark i ochroniarz próbowali wyciągnąć Hectora od mojego łóżka. Hector nie chciał iść, tak jakby naprawdę, naprawdę nie chciał iść.

Jak dziwne to było?

Może też mi się to śniło.

Zamknęłam oczy. Wtedy przypomniałam sobie, że muszę iść do łazienki. Cóż, wiedziałam jedno. Z pewnością nie zadzwonię po pielęgniarkę na wypadek, gdyby Hector nie był snem. Nie chciałam go w pobliżu, kiedy będę wyjaśniała, czego potrzebuję.

Dlatego wiedziałam, co mam zrobić. Tak naprawdę był tylko jeden wybór. Wymagało to trochę wysiłku, ale udało mi się przekręcić i spojrzeć na spód mojego stojaka na kroplówkę. W programach telewizyjnych miały koła.

Westchnęłam z ulgą. Moja podstawka do kroplówki miała kółka. Wyciągnęłam rękę, złapałam ją i przytoczyłam go trochę w dół łóżka, po czym zatrzymałam się.

Przeszkodziły mu nogi Hectora w dżinsach i kowbojskich butach.

Szlag.

Co zrobić teraz?

„Co robisz?”

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że Hector już nie śpi. Wciąż trzymał głowę opartą o wysokie oparcie fotela, jego przedramiona nadal spoczywały na podłokietnikach, ręce zwisały, a jego długie nogi były nadal wyciągnięte, skrzyżowane w kostkach.

Ale jego czarne oczy były otwarte i patrzyły na mnie.

„Co robisz?” - powtórzył swoje pytanie, po czym wstał i zbliżył się do łóżka, zatrzymując się z boku, górując nade mną.

Moje oczy podążyły za nim, moja głowa odchyliła się do tyłu, gdy wstał i zbliżył się. Nie odpowiedziałam.

„Sadie, porozmawiaj ze mną. Co robisz?”

Nawet nie próbowałam być Lodową Księżniczką. W tych okolicznościach zupełnie zapomniałam o tym. Zapomniałam, że Panna Townsend, Lodowa Księżniczka nawet istniała.

„Pomyślałam, że pójdę na spacer” - odpowiedziałam.

Uniósł brwi - „Pomyślałaś, że pójdziesz na spacer?”

Brzmiał tak, jakby to było bardziej dziwaczne niż fakt, że on tam był, co uważałam za ekstremalnie dziwaczne.

„Tak, myślałam, że odrobinę rozprostuję nogi” - powiedziałam.

„Myślałaś, że odrobinę rozprostujesz nogi” - powtórzył, wciąż brzmiąc, jakby myślał, że jestem trochę szalona.

„Czy zamierzasz powtórzyć wszystko, co powiem?” - zapytałam.

„Czy zaczniesz mówić z sensem?” - odparł.

Puściłam kroplówkę i odchyliłam się do tyłu - „Co jest złego w spacerowaniu?”

Patrzył na mnie intensywnie przez sekundę, po czym odwrócił wzrok i uniósł ramię. Przeczesał włosy palcami, opuścił rękę i spojrzał na mnie.

„Zadzwonimy do pielęgniarki; zobaczymy, czy możesz się przespacerować.”

„Jestem pewna, że mogę chodzić.”

„Zadzwonimy do pielęgniarki.”

„Nie chcę dzwonić do pielęgniarki.”

„Dlaczego nie?”

To było dobre pytanie. Nie miałam dobrej odpowiedzi (a przynajmniej takiej, którą bym mu powiedziała), więc powiedziałam - „Ponieważ”.

Potem moje oczy przeszukały mój pokój, padły na łazienkę (sprawdzając tylko, czy nadszedł mój czas) i wróciły do niego. Ale kiedy wróciły do Hectora, on patrzył przez ramię na łazienkę.

Zanim się zorientowałam, co się dzieje, przesunął stojak na kroplówki, odrzucił kołdrę, położył rękę za moimi kolanami, jedną w talii i podniósł mnie, jedną ręką popychając przed nami stojak na kroplówkę, gdy mnie niósł do łazienki.

Na początku skostniałam z przerażenia.

Wtedy powiedziałam, a raczej wyszeptałam (także z przerażeniem) - „Co robisz?”

Nie odpowiedział. Wszedł do łazienki, delikatnie postawił mnie tam na nogi, odwrócił się, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Niech ktoś mi powie, że to się nie wydarzyło.

W porządku. W porządku.

Poświęcając wystarczająco dużo czasu, aby odłożyć to na bok (na razie), zajęłam się swoimi sprawami.

To było nieprzyjemne.

To bolało.

To też odłożyłam na bok.

Kiedy skończyłam, stanęłam w łazience, spojrzałam w dół i przyjrzałam się sobie. Miałam na sobie szpitalną koszulę, na szczęście nie jedną z tych, które miały otwarte plecy do samego dołu, tylko duży otwór w górnej części pleców, który był zawiązany. Miałam gips na nadgarstku, dwie torby kroplówek, z których kapały lekarstwa i całkowicie zniszczony manicure. Zobaczyłam siniaki i skaleczenia na ramionach, więcej siniaków wokół zdrowego nadgarstka, a podciągając koszulę, zobaczyłam kilka siniaków na nogach, mnóstwo siniaków i zadrapań na kolanach.

Mój brzuch bolał jakby miał w środku ciężar, w rzeczywistości cały mnie bolał i miałam tępy ból głowy. Inne, bardziej specyficzne części mnie też bolały, ale odkładałam to na bok.

Podeszłam do lustra i spojrzałam na siebie. Potem wyciągnęłam rękę i dobrą ręką złapałam się umywalki na to, co zobaczyłam. Opuściłam głowę, zamknęłam oczy i oparłam się o dłoń.

Moje własne oblicze wypaliło mi się z tyłu powiek. Dwoje czarnych oczu, bardzo opuchniętych, nie dookoła, ale też niezbyt ładnie. Mój nos również był poważnie spuchnięty, ale nie wyglądał na złamany (ale co ja wiedziałam?).

I do kości policzkowej przyklejono ogromny biały opatrunek i wiedziałam, co to kryje, czułam, jak otwiera się tam skóra. I czułam krew. Potwornie.

Drzwi otworzyły się za mną i usłyszałam odgłos butów. Wtedy poczułam ciepło na plecach, tylko to, bez dotyku, tylko jego ciepło.

„Sadie” - powiedział cicho Hector.

„Odejdź” - odpowiedziałam jeszcze ciszej.

Nie odszedł. Podniósł mnie ponownie i wykonał całą procedurę przenoszenia-mnie-popychania-kroplówki z powrotem do pokoju, położył mnie na łóżku i z powrotem narzucił na mnie kołdrę.

Położyłam się i podciągnęłam kołdrę wysoko w górę dobrą ręką, która na szczęście, ponieważ jestem praworęczna, była prawą. Trzymałam się kołdry, zamknęłam oczy i odwróciłam twarz w kierunku przeciwnym do Hectora.

„Mamita, spójrz na mnie” - jego głos był nadal łagodny.

„Odejdź” - powtórzyłam, mój głos też był cichy.

„Musimy porozmawiać.”

„Idź stąd.”

„Sadie” - mruknął delikatnie.

Wtedy ją znalazłam, nie była daleko. Z łatwością wsunęła się w moją skórę, ponieważ normalnie tam mieszkała. Otworzyłam oczy, odwróciłam głowę i spojrzałam na Hectora. Bez względu na to, co przydarzyło mi się zeszłej nocy, co widział, co zrobił wczoraj i przed chwilą oraz jak wyglądałam, byłam spokojna, pewna siebie i lodowato zimna.

„Idź… precz” - wypowiedziałam to bardzo wyraźnie, więc było dużo czasu, aby na obu słowach uformowały się sople.

To wtedy, ku mojemu szokowi (bo nikt nie przeniknął do lodowej fortecy, nikt, nawet mój ojciec), Hector pochylił się do przodu tak blisko, że był zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Położył jedną rękę na mojej poduszce, a drugą na łóżku nisko, przy mojej talii.

Wciągnęłam oddech.

Wciąż cichym głosem powiedział – „Ona tam jest. Teraz widziałem ją dwa razy. Trzy razy, jeśli policzysz, kiedy uwolniłaś ją w biurze Lee i prawie rozorałaś sobie dłonie własnymi pieprzonymi paznokciami.”

O mój.

Nie dał mi szansy na odpowiedź, mówił dalej – „Wiem, że ona tam jest i ostrzegam cię, Sadie, wyciągnę ją.”

Lodowa Księżniczka jak zawsze zachowywała spokój.

„Czy muszę dzwonić po ochronę?” - zapytałam, jakby to było dla mnie to samo.

Nie odpowiedział. Zaczęłam na niego patrzeć i czekałam, aż odwróci wzrok. Nie odwrócił.

Zamiast tego powiedział - „Wiem o tobie”.

„Nic o mnie nie wiesz” - odparłam kwaśno.

Tylko się uśmiechnął i nigdy tak naprawdę nie widziałam, żeby się uśmiechał, nie w pełni. Widziałam, jak się uśmiechał samymi ustami. Słyszałam, jak chichotał z czegoś, co powiedział mój ojciec. Ale bez uśmiechu.

To było leniwe, powolne i efektowne.

Potem powiedział - „Dam ci czas, przeszłaś przez piekło, ale kiedy nadejdzie odpowiednia pora, wyciągnę ją.”

Na jego słowa, Lodowa Księżniczka (która nigdy nie odpuszczała) zaczęła się ześlizgiwać.

Trzymałam ją swoimi mentalnymi paznokciami i naciągałam.

„Może musisz się trochę przespać” - zasugerowałam.

Hector nie odpowiedział. Patrzył na mnie, a ja na niego. Ponownie czekałam, aż się wycofa i odwróci wzrok. Nie zrobił tego. Więc po raz pierwszy, odkąd pamiętam, ja to zrobiłam.

Moje oczy przesunęły się w bok, a potem stało się coś jeszcze dziwniejszego. Kiedy odwracałam wzrok, pochylił się głębiej, poczułam, jak jego dłoń obejmuje tył mojej głowy, podniósł ją delikatnie i pocałował mnie w czubek głowy.

Zamarłam.

Nikt, ale nikt mnie tak nie dotykał. Nikt, nie odkąd odeszła moja mama. Nikt.

Czy powiedziałam nikt?

Zostawił tam swoją rękę z ustami przyciśniętymi do mojej głowy nie na sekundę, ale na długi czas. To było jak wieczność. To było jak słodka, wspaniała, cudowna wieczność. A teraz poważnie, bez żartów, jakie to było dziwne? Zanim zdążyłam się zebrać i oderwać głowę, drzwi się otworzyły i usłyszałam powiedzenie z wiejskim akcentem:

„Och, cholera! Przepraszam.”

Wtedy oderwałam głowę, podniosłam się na łokciach, rozejrzałam po pokoju i zobaczyłam stojących w drzwiach Daisy i Marcusa Sloan.

*****

„Ralphie, to ja, Sadie” - powiedziałam do telefonu.

„Sadie? Gdzie jesteś?” - zapytał Ralphie, brzmiąc na zaniepokojonego, tak jak pewnie był. Nigdy nie spóźniłam się do pracy, a tym bardziej nie opuszczałam dnia. Siedziałam na łóżku z telefonem przy uchu, wpatrując się w drzwi i nie wiedziałam, co powiedzieć.

*****

Miałam mały łut szczęścia.

Minuta pojawienia się Marcusa i Daisy była zaledwie chwilę przed pojawieniem się lekarza. Dla dania nam prywatności Marcus i Daisy cicho wyszli, ale o dziwo, Hector tego nie zrobił. Hector złapał za kontrolkę z boku mojego łóżka i całą rzecz wykonał za mnie, podnosząc tył łóżka. Usiadłam i kiedy Hector stał obok mojego łóżka (pokazując całemu światu, jakby był moim kochającym chłopakiem czy coś w tym rodzaju), lekarz powiedział mi (a dokładniej nam, zachowując się, jakby Hector był moim kochającym chłopakiem czy coś w tym rodzaju), co jest ze mną nie tak (jakbym nie wiedziała) i powiedział, że zostanę zwolniona tego popołudnia, ale mimo to ktoś musi być w pobliżu, aby mieć na mnie oko.

Następnie zwrócił się do Hectora i zapytał - „Na słowo?”

Hector skinął wtedy do lekarza (bez żartów), pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy (znowu!). I obaj wyszli. Gapiłam się na drzwi, próbując zrozumieć, co się dzieje. Wtedy zdałam sobie sprawę, że mogę mieć tylko chwilę, więc przekręciłem się, złapałam telefon i położyłam na łóżku.

Potem zadzwoniłam do Ralphiego.

Ralphie był najbliższą rzeczą, jaką miałam jako przyjaciela.

Prawdopodobnie nie opisałby mnie jako przyjaciela, a raczej pracodawcę, którym byłam.

Trzy lata temu otworzyłam galerię sztuki. Federalni tego również nie zabrali, ponieważ otworzyłam go przy pomocy mojego funduszu powierniczego, a mój ojciec nie prał tam pieniędzy, chociaż szukali i szukali jakiegoś nikczemnego celu bytu dla mojej galerii, aby mogli ją wykorzystać, tak jak oni wszystko inne, ale nic nie znaleźli, ponieważ nie było nic do znalezienia, upewniłam się, żeby tak było.

Otworzyłam ją, ponieważ potrzebowałam czegoś więcej do zrobienia ze swoim czasem niż bycie Małą Księżniczką Tatusia, która się starzała i miałam dyplom ze sztuki na Uniwersytecie w Denver, więc dlaczego nie?

Okazało się, że jestem w tym dobra. Miałam oko do sztuki i mogłam zrobić naprawdę dobry początek. Miałam wieloletnie doświadczenie w byciu dobrą gospodynią, która zawsze stała u boku ojca, więc możecie sobie wyobrazić, jak bardzo mnie to ucieszyło, że coś, czego mnie nauczył, w końcu się przydało.

Zatrudniłam Ralphiego w mojej galerii, którą nazwałam „Art”, ponieważ naprawdę nie mam dużej wyobraźni, a to w pewnym sensie mówiło wszystko, Ralphie i ja dobrze się bawiliśmy. Wiedział, że jest moim pracownikiem i to wszystko, ale dobrze mu było być w pobliżu, był trochę szalony w miły sposób i mogliśmy się śmiać.

Ralphie był wysokim, szczupłym, jasnowłosym, niebieskookim, niezwykle eleganckim, niewiarygodnie pięknym gejem. Przysięgam na Boga, że mógłby być męskim modelem. Nie żartuję.

Nie spotykaliśmy się towarzysko poza pracą.

Oczywiście co roku zabierałam go i jego partnera Buddy’ego na wymyślną kolację w Boże Narodzenie, podczas której dawałam Ralphiemu jego świąteczną premię. Zabrałam go i Buddy’ego na wymyślną kolację z okazji urodzin Ralphiego, podczas której wręczyłam mu jego prezent urodzinowy, piękną, różową koszulę od Armaniego z dopasowanym różowo-bordowym krawatem (rok pierwszy), figurkę Royal Doulton (rok drugi) i szklany przycisk do papieru, który miał na oku od lat w Art, ale nie mógł sobie na to pozwolić (trzeci rok). Zabrałam ich też na drinka, by uczcić sprzedaż pięknej, brązowej rzeźby kobiecego tułowia. Mieliśmy tę rzeźbę od miesięcy, kosztowała fortunę i była to nasza największa sprzedaż w historii.

Aha, i Ralphie i ja zawsze ocenialiśmy jego wydajność przy francuskim martini w Pokoju Rejsowym Hotelu Oxford. Oceny trwały dziesięć minut, więc Buddy zawsze do nas dołączał, bo cóż, czemu nie?

Buddy był yin do yang Ralphiego.

Buddy był czarny, łysy (ogolony), miał grubą bródkę i dobrze utrzymane, bardzo muskularne ciało. Był Butchem z dużym „B” i ubierał się jak Freddie Mercury (biały podkoszulek żony, super obcisłe dżinsy, czarne buty motocyklowe i czarne pasy nabijane ćwiekami), kiedy nie był ubrany w fartuch (był pielęgniarzem na oddziale neurologii w Szwedzkim Centrum Medycznym) lub nie ubrał się, by wyjść z nami na eleganckie kolacje i do Pokoju Rejsowego (Buddy wyglądał dobrze w swoim stroju Queen Front Man, ale nie wkładało się stroju żony do Pokoju Rejsowego, nie ma mowy).

Buddy też był zabawny i naprawdę słodki. Coś w rodzaju delikatnego, lesbijskiego Freddiego Mercury’ego na sterydach, wyglądającego podobnie, z wyjątkiem że był czarny i… cóż… łysy.

Chociaż technicznie rzecz biorąc Ralphie ani Buddy nie byli moimi przyjaciółmi, to byli wszystkim, co miałam.

A ja potrzebowałam kogoś.

„Jestem w Denver Health” - odpowiedziałam Ralphie’mu.

„Co?” - Ralphie pisnął i w myślach zobaczyłam, jak jego blond brwi uderzają o linię włosów.

„W porządku. Miałam mały wypadek” - skłamałam.

„Wypadek, w wyniku którego trafiłaś do szpitala? O mój Boże.”

„To nic” - zapewniłam go. - „Tylko obserwacja. Pozwalają mi dzisiaj wyjść.”

Ralphie natychmiast odpowiedział - „Zaraz będę”.

„Nie!” - mój głos był ostry, a oczy były przyklejone do drzwi.

Hector lub Daisy i Marcus mogli w każdej chwili wejść z powrotem. Miałam wystarczająco do ogarnięcia, nie potrzebowałam jeszcze Ralphiego. Ralphie mógłby być trochę… dramatyczny.

„Co masz na myśli, mówiąc nie?” - zapytał Ralphie.

„To znaczy, właściwie dzwonię, bo chcę, żebyś wyświadczył mi przysługę. Przepraszam, że proszę, ale… ”

Ralphie przerwał, mówiąc - „Cokolwiek”.

Zamrugałam, w nerwowym napięciu obserwując drzwi, gdy Ralphie zaproponował szybką pomoc. Co mogłam powiedzieć? Nie zdarzyło mi się wiele razy w życiu, żeby kiedykolwiek ktokolwiek oferował mi pomoc. Do licha, nie miałam zbyt wiele razy w życiu, kiedy ktokolwiek cokolwiek mi proponował.

Otrząsnęłam się z zaskoczenia i powiedziałam - „W szufladzie galerii są zapasowe klucze do mojego mieszkania”.

„Wiem, gdzie one są”.

„Czy mógłbyś pojechać do mnie, przynieść mi jakieś ubrania, buty… hmmm, bieliznę i przynieść je do szpitala?”

„Zrobię to od razu.”

Z jakiegoś powodu jego słowa sprawiły, że łzy zaszczypały mnie w oczy.

„Będę na badaniach” - skłamałam ponownie, również tym razem mrugając z innego powodu – „Więc, czy mógłbyś po prostu zostawić je na stanowisku pielęgniarki?”

„Jasne, ale mogę …”

„Nie, nie, nie chcę więcej marnować twojego czasu.”

„Sadie, to nie jest …”

Przerwałam mu ponownie - „Nie, naprawdę, jest w porządku. Badania mogą trwać jakiś czas.”

Ralphie był cicho, a potem zapytał - „Wszystko w porządku?”

„Tak, dobrze, tylko mały wypadek, trochę uderzyłam się w głowę. Jednak mogę nie być w pracy przez kilka dni.”

Albo tygodnie, ale później wymyślę inne wymówki.

„Okej” - zgodził się Ralphie, ale nie brzmiał, jakby to kupił.

Wzięłam cichy oddech, a potem na wydechu pomyślałam o czymś innym.

„Tak, żebyś wiedział, u mnie panuje trochę bałaganu …”

„Otóż, Sadie, w to nie wierzę. Jesteś Królową Czystości.”

To brzmiało bardziej jak Ralphie, którego znałam.

„Nie, po prostu…” - zaczęłam, ale Ralphie się wtrącił.

„Nie trzęś portkami, że zobaczę drobinę kurzu. Obiecuję, że nie zgłoszę cię do Patrol Porządkowego, jeśli zostawisz miskę w zlewie.”

„Ralphie …”

„Do zobaczenia wkrótce.”

„Ralphie …”

„Papatki”.

Rozłączył się.

O mój.

No cóż, wymyślę jakąś wymówkę, dlaczego moje mieszkanie wyglądało jak… Przestałam myśleć o tym, jak wygląda moje mieszkanie, a co ważniejsze, dlaczego, i odłożyłam to na bok. Tym też zajmę się później.

Odłożyłam telefon, obniżyłam łóżko pilotem i położyłam się, myśląc o tym, co robić dalej, żeby nie myśleć o wszystkich rzeczach, o których starałam się nie myśleć.

Wtedy drzwi się otworzyły. Natychmiast zamknęłam oczy. Słyszałam kroki, kroki, które zatrzymały się przy moim łóżku.

„Sadie, cukiereczku, śpisz?” - wyszeptała Daisy wiejskim akcentem.

Udawałam, że śpię.

Obecność Hectora była bardziej dziwaczna niż dziwaczna, ale obecność Daisy i Marcusa była jeszcze dziwniejsza. Nienawidzili mnie. Dlaczego oni tu byli?

„Myślę, że śpi” - Daisy wciąż szeptała.

„Sen jest dobry.” - usłyszałam głęboki głos Marcusa.

Cisza.

Czekałam, aż odejdą. Wtedy usłyszałam kobiecy płacz z czkawką, po którym nastąpiło męskie „Ciśś”.

Potrzeba było wszystkich Mocy Lodowej Księżniczki, by nie otworzyć oczu i nie powiedzieć Daisy, że wszystko w porządku, ale nie otworzyłam, niektóre kłamstwa były dobre, nauczyłam się również tego z mnóstwa praktyki.

Słuchałam płaczącej Daisy i Marcus przez chwilę ją uspokajał, po czym powiedział - „Byłaś tu całą noc. Zabierzmy cię do domu.”

Dzięki Bogu. Wreszcie.

„Nie” - głos Daisy był przepełniony łzami, co mogłem stwierdzić nawet po tym jednym słowie. Mówiła dalej - „Po prostu pójdę do sklepu z pamiątkami, kupię magazyn i zostanę z nią. Hector powiedział, że nie wróci na jakiś czas.”

Przynajmniej to było coś.

„Jesteś pewna, kochanie?” - zapytał Marcus.

Daisy nie odpowiedziała, ale znowu usłyszałam kroki, drzwi otworzyły się i zamknęły. Otworzyłam oczy. Byłem sama. Tak miało być do czasu, gdy Daisy wróci ze swoim magazynem.

Zastanawiałam się, ile energii zajmie mi zrozumienie, co się do cholery dzieje. Wtedy zdałam sobie sprawę, tuż przed zaśnięciem (tym razem naprawdę), że nie mam dość energii, żeby to rozgryźć.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam Daisy siedzącą na krześle, na którym spał Hector.

Miała na sobie ciemny dżins od ramion do stóp, płowe frędzle opadające z poduszek jej marynarki, więcej frędzli po bokach obcisłych dżinsów. Miała na nogach płowe buty na platformie, z okrągłymi noskami, a jej dżinsy były wsunięte w buty. Wszędzie było coś więcej niż ślad cekinów i nitów.

Wyglądała, jakby zamierzała wstać i zacząć śpiewać „Jolene”. Zamiast tego siedziała ze skrzyżowanymi nogami i czytała National Enquirer.

Szlag.

Co teraz?

Nie mogłam udawać snu i unikać jej na zawsze. A może mogłabym?

„Sadie?”

Przeniosłam wzrok na Daisy i zobaczyłam, że patrzyły na mnie. Była to odpowiedź: nie mogłam udawać snu i ciągle jej unikać. Nie odpowiedziałam. Zamiast tego usiadłam i uniosłem zdrową rękę, aby odgarnąć włosy z twarzy. Kiedy opuściłam rękę, włosy znów opadły mi na twarz.

Westchnęłam.

„Pozwól, że się tym zajmę” - powiedziała cicho Daisy, a ja znów na nią spojrzałam.

Jej Enquirer leżał na fotelu; wstała i zaczęła grzebać w torebce. Wyciągnęła coś i rzuciła torebkę na nocny stolik.

Pokazała mi duży, jasnoróżowy klip.

„Voila!” - powiedziała, jakby wyciągnęła królika z kapelusza, a nie spinkę do włosów z torebki.

„Odwróć się do mnie plecami” - rozkazała i nawet ja nie byłam na tyle Lodową Księżniczką, by powiedzieć jej, żeby poszła wskoczyć do jeziora.

Odwróciłam się. Jej dłonie przeczesały moje włosy, a jej długie paznokcie delikatnie drapały moją skórę głowy.

To było miłe uczucie. Przypomniało mi się to, kiedy byłam mała, a mama czesała mi włosy w nocy, zanim poszłam spać. Czasami, kiedy mama czesała mi włosy, opowiadała mi historie. Czasami były to zabawne historie, czasem romantyczne, czasem pełne przygód. Uwielbiałam, kiedy moja mama czesała mi włosy i opowiadała mi historie.

Daisy ostrożnie ciągnęła i drapała moje włosy dłużej, niż było to konieczne, po czym skręcała je i poczułem, jak wsuwa się spinka.

Położyła ręce na moich ramionach i delikatnie odwróciła mnie twarzą do siebie. Kiedy to zrobiła, patrzyła na moje włosy. Potem jej spojrzenie spoczęło na mnie.

„Teraz lepiej” - powiedziała.

„Nawet nie blisko” - odpowiedziałam.

Była tam, zdzirowata panna Townsend, podnosząca swoją brzydką głowę. Zęby Daisy przygryzły wargę, a oczy błyszczały od łez.

„Sadie, cukiereczku” - zaczęła, ale zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, drzwi się otworzyły i wszedł Hector.

Naprawdę, nie więcej, mam dość. Byłam córką Króla Narkotyków, złego człowieka, który prawdopodobnie zniszczył wiele istnień. Ale poważnie, ile pokuty może dostać córka za grzechy ojca? To znaczy, na litość boską, nie sprzedawałam heroiny dzieciom w wieku szkolnym!

Miałam dość.

Podniosłam przycisk wezwania, znalazłam przycisk dla pielęgniarki i wcisnęłam go. Potem zobaczyłam klamrę paska Hectora i jego brzuch przy łóżku.

Szlag.

„Sadie” – odezwał się Hector.

Opuściłam głowę i ponownie wcisnęłam przycisk wezwania pielęgniarki.

„Sadie” - powtórzył Hector.

Podniosłam głowę i spojrzałam na niego.

„Dlaczego tu jesteś?” - warknęłam.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim mógł, odwróciłam głowę i spojrzałam na Daisy.

„A dlaczego ty tu jesteś?” - spytałam się jej.

„Myślałam, że…” - zaczęła Daisy.

„Nie, właściwie nie chcę wiedzieć” - przerwałam, wyciągnąłem rękę i złapałam mój stojak na kroplówkę. Potem odrzuciłam kołdrę i przesunęłam się na bok łóżka, tocząc ze sobą kroplówkę. Bolało, ale i tak to zrobiłam i nawet się nie skrzywiłam.

„Sadie, wracaj do łóżka” - rozkazał Hector, ale ja przełożyłam nogi przez brzeg i wstałam.

Przeszłam dwa kroki, tocząc ze mną mój stojak na kroplówki (ten stojak na kroplówki trochę utrudnił moją pozycję na Lodowej Księżniczki, ale po prostu musiałam to mocniej wypracować).

Odwróciłam się do nich, trzymając rękę na stojaku do kroplówki i trzymałam się swojego.

„Oboje, wyjdźcie” - zażądałam.

Oczy Daisy przesunęły się na drugą stronę łóżka, gdzie stał Hector. Moje oczy też tam powędrowały. Nie wyglądał na szczęśliwego.

„Jeszcze raz cię proszę, mamita, wracaj do łóżka” - powiedział.

„To nie jest pytanie, to rozkaz” - odparłam.

„W takim razie każę ci jeszcze raz, połóż się z powrotem w łóżku” - odparł.

„Nie” - odpowiedziałam.

Zaczął iść dookoła łóżka… w moim kierunku. Zastanawiałam się nanosekundę, zanim zaczęłam się wycofywać, dlaczego wydawał się zupełnie niewrażliwy na mój Czynnik Chłodu. Wszyscy inni wchodzili w głębokie zamrożenie.

Nie Hector.

Oczywiście zauważyłam, że jego ciało było nienaturalnie gorące. Może o to chodziło.

„Hector” - powiedziała cicho Daisy, gdy Hector się zbliżał.

Coś w jej tonie musiało go dosięgnąć, bo nagle się zatrzymał. Więc ja też się zatrzymałam. Hector i ja mierzyliśmy się wzrokiem. Kiedy to robiliśmy, Daisy podeszła ostrożnie, ale nie zbliżyła się zbytnio do Hectora ani do mnie.

„Sadie, jesteśmy tutaj -” zaczęła Daisy.

Znowu nie pozwoliłam jej skończyć, moje oczy oderwały się od ciemnych oczu Hectora i skierowały się do niej.

„Wiem, dlaczego tu jesteś” - skinęłam na Hectora - „I wiem, dlaczego on tu jest. Chcieliście się dobrze przyjrzeć, jak upadają możni.”

Ciało Daisy drgnęło, jakbym ją uderzyła w tym samym czasie, kiedy zobaczyłam, jak wzdrygnęła się. Hector nie wzdrygnął się. Jego oczy zwęziły się, twarz pociemniała i powiem tylko, że to było przerażające. Niemniej jednak byłam na fali. Byłam ponad Lodową Księżniczką. Byłam Czarodziejką Antarktydy i to wredną. Robienie tego bolało mnie. Bolało bardziej niż moje ciało.

Ale musiałam.

Nie wiedziałam, dlaczego tam byli i nie obchodziło mnie to. Zaczynało się tak, że ludzie byli mili, robili dobre rzeczy, a może starali się być mili. Ale nigdy się tak nie kończyło.

Nigdy.

Kontynuowałam - „Cóż, popatrzyliście sobie. Teraz możecie już iść.”

Całkowicie ignorując moje polecenie wyjścia, Hector zrobił krok do przodu. Cofnęłam się o krok. Zatrzymał się. Ja też. Znowu zaczęliśmy patrzeć na siebie.

Wreszcie powiedział - „Policja jest tutaj”.

Zaskoczyło mnie to, ale się zakryłam, zanim to ujawniłam.

„Dlaczego?” - zapytałam.

Wtedy Hector odpowiedział – „Żebyś mogła wnieść oskarżenie, żeby mogli ścigać ...”

Na jego słowa Czarodziejka Antarktydy rozpadła się, stopiła w jednej chwili i straciłam ją. Całkowicie.

„Nie!” - wrzasnęłam tak głośno i przenikliwie, że byłam zaskoczona, że ekran telewizora nie pękł. Nie mógł tego powiedzieć. Nie głośno. Nie do mnie.

Znowu się wycofałam.

„Och, skarbie” - usłyszałam drżący głos Daisy, ale Hector podchodził do mnie, a ja nie spuszczałam z niego wzroku. Jego twarz nie była już ciemna, było tam coś jeszcze, coś, czego nie chciałam widzieć. Zamknęłam oczy, żeby to zablokować, podniosłam rękę, żeby go odepchnąć, cały czas obracając mój stojak na kroplówkę i idąc do tyłu. Moje plecy uderzyły o ścianę.

„Mamita” - mruknął łagodnie Hector, kiedy się zatrzymałam. Nie dotknął mnie, ale był na tyle blisko, że mogłem poczuć jego ciepło.

Nie mając dokąd pójść, odwróciłam głowę.

„Sadie?” - zawołał inny głos.

Otworzyłam oczy i wyjrzałam zza Hectora. Zobaczyłam Ralphiego i Buddy'ego stojących tuż za drzwiami. Hector odsunął się w bok i zobaczyłam ich w pełni.

Ralphie niósł moją torbę. Buddy niósł ogromny wazon przepysznych białych lilii kalii, moich ulubionych. Patrzyli na mnie i wyglądali blado (tak, nawet Buddy, nie wiedziałam, że czarni ludzie mogą blednąć, ale to zrobił).

„Kochanie?” - powiedział z wahaniem Ralphie.

Mimo że nazwał mnie „kochanie” (a nigdy nie nazwał mnie „kochanie”), Lodowa Księżniczka wskoczyła na miejsce.

„Nic mi nie jest” - powiedziałam natychmiast.

W jednej sekundzie Ralphie był po drugiej stronie pokoju. W następnej sekundzie byłam w jego ramionach.

„Och Sadie, cukiereczku. Nie miałaś wypadku, prawda?” - zapytał cichym jak szept głosem, jedną ręką obejmując moją talię, a drugą gładząc mnie po plecach.

„Ralphie, nic mi nie jest” - Utrzymałam moje ciało sztywno i przemówiłam do jego gardła.

Odchylił się i spojrzał na mnie - „Kochanie, nie czujesz się dobrze. Widzę, prawda? Nie oślepiałem w nocy jak Jodie Foster w kiepskim filmie. Właśnie wróciłem z twojego mieszkania. To jest katastrofa. Co się wydarzyło? Kto ci to zrobił?”

To nie działało dobrze dla mnie. To wszystko na mnie leciało. Wszyscy o tym mówili. Jak mogłam odłożyć to na bok, żeby zająć się tym później, kiedy ludzie o tym rozmawiali?

„Skręcę mu pieprzony kark.” - Buddy był teraz po naszej stronie.

Odwróciłam głowę i spojrzałam na Buddy’ego, on przyjrzał się mojej twarzy i zobaczyłem, jak zaciskają się jego zęby. Potem powtórzył przez zęby - „Skręcę mu pieprzony kark. Kto to zrobił?”

„Nic mi nie jest” - powiedziałam ponownie.

„Masz gips na nadgarstku” - zauważył Ralphie, a ja spojrzałam na Ralphiego.

„Nic mi nie jest” - powtórzyłam.

„Masz opatrunek na twarzy” - ciągnął Ralphie.

Nie zniosę więcej i naprawdę, czy możesz mnie winić?

Więc krzyknęłam - „Nic mi nie jest!”

Ralphie nigdy nie widział, jak tracę opanowanie, nigdy, dlatego skrzywił się na mój krzyk. Potem z jakiegoś powodu zignorował mój Czynnik Zimna. Jego ramiona zacisnęły się i przyciągnął mnie do siebie.

I nikt nie trzymał mnie tak, odkąd pamiętam.

I nie mogłam już tego znieść.

Wsunęłam twarz w jego ultra-elegancką koszulę i zacisnęłam w zdrowej dłoni jego uber stylową marynarkę i rozpłakałam się.

Nie obchodziło mnie, kto to widział. Nawet Hector.

Pieprzyć to. Nie zniosę więcej.

To nie był uciążliwy, łkający, głośny płacz. To był cichy, wyciskający ciało, rozdzierający duszę płacz. Przez to wszystko i wydawało się, że trwało to długo, Ralphie  mnie trzymał.

„Wyrzuć to, kochanie, daj to Ralphiemu” - mruknął w końcu.

„Muszę iść do domu” - powiedziałam w jego koszulę.

„Nie możesz iść do domu” - odpowiedział Ralphie.

„Muszę iść do domu. Muszę się stąd wydostać” - powiedziałam, ale nie oderwałam twarzy od koszuli Ralphiego.

„Pójdziesz do domu” - powiedział Buddy z drugiej strony i poczułam, jak kolejna ręka przesuwa się po mojej talii, gdy Buddy podszedł bliżej i sprawił, że przytulił się do grupy.

„Dziękuję” - szepnęłam, nie patrząc w górę, nie patrząc na Ralphiego ani Buddy’ego i zdecydowanie nie na Hectora ani Daisy.

„Wrócisz do domu, Sadie” - powiedział Buddy - „Wrócisz z nami do domu.”

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz